sobota, 10 października 2020

Droga do źródła i o wiązaniu butów


Dzisiaj uświadomiłam sobie coś oczywistego: gdy idę na wycieczkę, albo na niedługi spacer, zawsze mam jakiś pomysł, plan, lub cel tej wędrówki. Kiedy wybieram się w miejsca, które znam, jej zarys, albo dokładna mapa, powstaje w mojej głowie na podstawie wspomnień. Gdy idę „w nieznane”, to tak naprawdę nigdy nie jest nieznanie, bo wcześniej zostaje dokładnie przestudiowane w internecie i na papierowej mapie. Tak już mam, że potrzebny jest plan, zarys lub szkic. Pojawia się on najpóźniej, gdy zawiązuję sznurówki w butach, czasem jest to też moment zmiany, wyboru innej drogi. Przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy, że wiązanie butów jest tak ważną chwilą moich wędrówek.
Jednym z pomysłów na niedługą wycieczkę po Karkonoszach była wędrówka do źródełka wypływającego spod świerka. To niezwykłe drzewo zauważyłam rok wcześniej, gdy wracałam z Budnik do Karpacza Serduszkową Ścieżką. Wędrówka do źródła - brzmi tak trochę metaforycznie. I może tak jest, bo każda górska wycieczka to czerpanie ze źródła otaczającej nas przyrody. Mówimy sobie, że ładujemy akumulatory, robimy reset. Zabieramy ze sobą, do naszych domów mnóstwo wrażeń. Ja zabieram też piękne zdjęcia i plecak pełen wspomnień. Mogę je potem przeglądać  w jesienne popołudnie i układać w historie na blogu. Podczas tamtego spaceru musiałam mocno powstrzymywać się, aby nie zabrać wszystkich kamieni w kształcie serca, które i tym razem wypatrzyłam po drodze.




















środa, 30 września 2020

Moja ławeczka




Czasami trudno mi zabrać się do pisania, nie słyszę własnych myśli, albo brakuje słów, by coś nazwać.  Gorsze dni? A jak z tych dni robią się tygodnie? I czuję, że przestrzeń - ta we mnie, w środku, staje coraz mniejsza tak, jakby jakaś mgła, albo ciężkie chmury przesłoniły horyzont. Trudno wtedy wędrować w wyobraźni do miejsc, o których chciałbym opowiedzieć. Wiele razy, w tym roku, odczuwałam taką niemoc. Myślałam żeby przerwać pisanie, a nawet całkiem odpuścić prowadzenie bloga. Miałam wrażenie, że coś się we mnie wypaliło. Jednocześnie szukałam wytłumaczenia tej sytuacji. Mówiłam sobie, że może to izolacja i niepewność, które wiosną dotknęła nas wszystkich, ale to było kiepskie alibi… Rok 2020 rok jest trudny, ale poprzedni był dla mnie dużo gorszy, a jednak, w ubiegłym roku, mniej było we mnie wahań, czy wręcz niemocy.
Z a n i e d b a n i e, tak powinnam nazwać ten niepokojący mnie stan. Okazuje się, że bardzo łatwo samemu zaniedbać to, co się lubi, a winą obarczać jakąś sytuację, albo innych ludzi. I przy okazji działanie zamienić w bierność i czekać, że coś się samo zmieni.
O wewnętrzną przestrzeń warto zatroszczyć się, bo to ona sprawia, że ma się jakieś marzenia, i pomimo przeciwności, próbuje się je spełniać. Dzięki tej przestrzeni patrzymy na samych siebie jak na wspaniały obraz, pobłażliwie traktując różne niedoskonałości.
Tyle się teraz czyta o zabiegach upiększających, dietach i masażach, ale wcale nie jest łatwo zadbać o to, co wewnątrz nas. Przydałby się czasem balsam dla duszy, dieta dla myśli, taka żeby w przewadze były te pozytywne i jeszcze jakiś masaż dla serca. Może nie dosłownie, ale coś, co przywraca jego spokojny rytm, pokój serca.
Pierwszą rzecz, którą niedawno zrozumiałam było to, że nie muszę być cyborgiem i działać na mega obrotach. Zwolniłam tempo. Znalazłam dla siebie chwile ciszy. I właśnie ta cisza okazała się najważniejsza!  Kiedyś doświadczałam jej w czasie wycieczek, kojarzyła mi się z pięknym krajobrazem. Co zrobić, gdy nie można nigdzie wyjechać? Usiadłam w fotelu, tak jak siadałam na jednej z ławeczek. I próbowałam „wyłączyć się” i nie biec nigdzie myślami, nie przekrzykiwać krzyczących, nie ścigać się i nie porównywać z nikim, nie drążyć i nie zgłębiać wszechobecnych złych informacji. „Wyłączenie się” dało mi czas dla siebie. Muzyka podziałała jak balsam nie tylko dla uszu, książki okazały się doskonałą dietą dla myśli, a modlitwa przywróciła pokój serca, siłę i wiarę, także w ludzi. Okazało się, że moja przestrzeń buduje się w ciszy. Niekoniecznie na urlopie i wcale nie potrzebuje wędrówki. Buduje się tu i teraz, w zgiełku wielotysięcznego miasta.






sobota, 26 września 2020

Jarząb przy Starej Drodze Celnej

Rośnie niedaleko Jeleniej Łąki, pochylony w stronę drogi. Schował się w gęstwinie innych drzew i nie widać go zbyt dobrze, ale kłania się wszystkim turystom wędrującym Starą Drogą Celną. Jeszcze nie ma imienia, ale wiem, że będę do niego wracała podczas każdej wizyty w okolicy. I tak jak znajomego powitam słowami: Hej, jak się masz? Chociaż drzewo jest niewielkie i niepozorne ma jednak w sobie to coś, co sprawi, że siedząc w domu, jak ja to mówię na nizinach, czasem pomyślę o nim z troską: czy przetrwało kolejną zimę, jak poradziło sobie z burzami i wichurami. Okolica Jeleniej Łąki leży na wysokości około 900 m n.p.m. i panują  tam trudne warunki klimatyczne. Zbyt krótkie lato, długa i mroźna zima, duża wilgotność, przymrozki o każdej porze roku, nie sprzyjają rozwojowi roślin. 
Gdy spojrzałam pierwszy raz na jarząb, pomyślałam, że może rósł wtedy, gdy Starą Drogą Celną wędrowali strudzeni tragarze ze szkłem z huty w Orlu, a w piecu stojącej niedaleko Michelsbaudy palił się ogień. Wyobrażałam sobie, że to skromne drzewo ma ponad 200 lat i zna wszystkie historie, które jak poranne mgły snują się od lat po okolicy. Może przechodził koło niego Henri Pytlak - legenda tych gór? Pytlaka wspominam w mojej książce. Opisuję tam, jak tłumaczyłam koleżance – towarzyszce kilku moich wycieczek, że Henri Pytlak to imię i nazwisko przyrodnika, na którego cześć nazwano szczyt po czeskiej stronie Gór Izerskich. Wspominam, że dopiero podczas wizyty u naszych sąsiadów, dowiedziałam się, że szczyt Pytlackie Kamienie nie upamiętnia  przyrodnika, ale kłusownika. Niedawno przeczytałam o nim kilka ciekawych informacji. Podobno był francuskim żołnierzem, który zdezerterował w góry podczas walk toczących się w okolicy w XIX wieku. Polował na najlepszą zwierzynę, ale gdy któregoś dnia spotkał, poszukującego go, gajowego Jana z Jizerki, darował mu życie. Niestety gdy się ponownie spotkali Jan nie postąpił tak samo, zabił kłusownika. 
Tak sobie często myślę o moich ulubionych Izerach: tyle jest tam miejsc niezbadanych i tak wiele tajemnic. Może piękny jarząb przy Starej Drodze Celnej powinnam nazwać "Drzewem tajemnic".















Henri Pytlak w "Chacie Jizerce" zdjęcie z 2014 roku

piątek, 18 września 2020

"Michelsbaude" Marsa Wawrzyna - niezwykła wędrówka w czasie i w przestrzeni


Po urlopie miałam wielki niedosyt gór, więc … kupiłam sobie książki. Dwie, a właściwie trzy, bo jedna była wydaniem poszerzonym i łączącym dwa tomy i przepadłam. „Michelsbaude” Marsa Wawrzyna - to właśnie ona wciągnęła mnie, porwała w znany, a jednocześnie nieznany świat. We wrześniowe popołudnia, już po pracy siadałam w wygodnym fotelu i … wędrowałam Starą Celną Drogą. Tak, to znowu ta droga, o której niedawno pisałam. Gdy szłam nią kilka tygodni temu, spotykałam niewielu turystów. Droga wyglądała niepozornie, ale jakiegoś czasu jest jednym z moich ulubionych szlaków w Górach Izerskich.  Znalazła ważne miejsce w Mojej przestrzeni. Dzięki książce Marsa Wawrzyna, w tej przestrzeni pojawili się ludzie, tym razem nie byli to znajomi, czy turyści spotkani po drodze. Zjawili się dawni mieszkańcy wioski Izery i Domów nad Kobyłą, przeróżni wędrowcy, którzy przed ponad dwustu laty odkrywali te dzikie i czasem niedostępne tereny.  A przede wszystkim poznałam mieszkańców i gości Michelsbaude - domu, który przez wiele lat stał samotnie przy Jeleniej Łące i był schroniskiem, gospodą chatą, leśniczówką, wszystkim po trochę. Podczas ostatniego przyjazdu w Góry Izerskie widziałam kamień postawiony w miejscu, gdzie kiedyś stał ten budynek. Gdy czytałam książkę, z wygodnego fotela w moim domu, przeniosłam się ponad dwieście lat wstecz. Wędrowałam razem z bohaterami książki… Przez kilka ostatnich dni „nachodziłam się” w tę z powrotem ze Świeradowa lub ze Szklarskiej Poręby do huty w Orlu albo nieco dalej - w Nowym Świecie. Raz ogrzewały mnie promienie letniego słońca, a za chwilę mróz mocno dawał się we znaki. Tutaj nawet w lipcu zdarzają się przymrozki!  Byłam tragarzem, niosącym szkło z huty w Orlu do szlifierni i malarni w Szklarskiej Porębie. Za chwilę razem z badaczami tych terenów zaglądałam w różne zakamarki poznając bogactwo minerałów roślin i zwierząt. Towarzyszyłam artystom zauroczonym górami – nazywanymi kiedyś Olbrzymimi.  Podobnie jak wspomniani wędrowcy wstępowałam do Michelsbaude, aby odpocząć i zjeść kawałek sera, który był podstawowym daniem w tej okolicy.  Zdawało mi się, że słyszę, rozmowy toczące się w czarnej od dymu izbie, czuję zapach drewna palonego w piecu. Przez kilka ostatnich dni byłam w innym niezwykłym świecie, tak sugestywnym, że czułam się jakbym odbyła podróż w czasie i przestrzeni. Aż chciałoby się jeszcze raz jechać w te przepiękne góry.

Stara Droga Celna
Jelenia Łąka
Miejsce gdzie kiedyś stała Michelsbaude