sobota, 28 grudnia 2019

Herbatka na koniec roku




Gdybym mogła wybrać miejsce, w które chciałabym wrócić i wypić tam herbatkę na koniec roku, myślę że byłaby to Sala Kryształowa Pałacu w Zaborze. Miniony rok był pełen niespodzianek i był to rok pałacowy, co również jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem! Woziłam się po różnych dawnych rezydencjach jak prawdziwa księżniczka. Mam spore zaległości na blogu i nie dążyłam jeszcze tego opisać. Czeka więc Was w Nowym Roku spora porcja pałacowych historii.  Z tych wszystkich wizyt największą frajdę sprawiła mi chyba wizyta w Pałacu w Zaborze, chociaż pozostałe również dostarczyły mnóstwo dobrych emocji. W listopadzie, przy okazji wielkiej uroczystości, przyjazdu księcia do Zaboru, udało mi się „ukraść” coś dla siebie. Usiadłam przy kominku w pustej Sali Kryształowej i piłam herbatę. Była to niezwykła chwila, którą zapamiętam na długo. To nic, że w kominku nie trzaskał ogień, a herbatka była taka zwyczajna z torebki. Cieszyłam się jak dziecko, że mogłam siedzieć zupełnie sama w niezwyklej sali i przyglądać się detalom na ścianach. Z ogromnym zachwytem spoglądałam w jedno z kryształowych luster. Odbijało się w nim przepiękne wnętrze. I tak jak pisałam kilka lat temu w mojej książce: „Patrzyłam na siebie w wielkim zwierciadle. Wyglądałam niby tak samo, ale lustro dodawało mi jakiegoś niezwykłego blasku. – Każda kobieta powinna mieć w swoim domu takie zwierciadło”. Kolorowe światło rozjaśniało zakamarki Sali Kryształowej i sprawiało, że piękna sztukateria przybierała przeróżne kolory. Ptaszyska raz były niebieskie, za chwilę czerwone. Ptaszyska w ogóle są świetne i od pierwszej mojej wizyty w pałacu przykuwają moją uwagę. Wydają mi się takie trochę niepoważne w tym dystyngowanym świecie, z którego pochodzą. Tuż przed nadejściem Nowego Roku, rozsiadłabym się w ich towarzystwie i spoglądała na piękne sztukaterie.  Na tę niezwykłą okazję wybrałabym jedną z wielu ulubionych filiżanek bo "Herbata na koniec roku" to taki szczególny napój. Jest pełna refleksji, wspomnień i planów na kolejny rok. Dużo w niej wdzięczności dla Boga, ale też dla wielu osób. Herbata działa w przedziwny sposób: podkreśla, może nawet wyolbrzymia, to co było miłe i z czego cieszyłam się. I podobnie jak mocna kawa dodaje energii na to co przyjdzie.

                                    Życzę Wam wszystkim najlepszego 2020 roku!





















sobota, 14 grudnia 2019

Czeski kajet - rękopis mojej książki




Gdy przygotowywałam wieczory autorskie chciałam pokazać moim gościom ten zeszyt. Nie wiem dlaczego, ale tak się złożyło, że nie zabrałam go na żadne spotkanie. To bardzo ważny dokument i zasługuje na małą sesję fotograficzną i krótki wpis na blogu. Wyobraźcie sobie, że pierwsza, robocza wersja mojej książki zaczynała się o słów:

"W Frydlancie kupiłam wielki czeski kajet, więc chyba zacznę pisać książkę.
                                                                                                   (Sierpień 2010)

    I tak zaczęłam pisać w czeskim kajecie, na jakichś karteczkach, kserach map i planach tras. Notowałam myśli, które plątały się po głowie i opisywałam to, co widziałam i przeżyłam w czasie moich cestování, czyli podróży. Teraz próbuję ułożyć to w jakąś zgrabną całość.” 

W czasie moich rowerowych wakacji w 2010 roku, podczas jednej z wycieczek, w małym sklepiku w Frydlancie, kupiłam duży zeszyt. Od tego dnia, po powrocie z tras rozsiadałam się przy stoliku przed domem w Czerniawie. Zapach maciejki i muzyka świerszczy pomagały tworzyć opowieści o tym co widziałam po drodze. Niektóre miejsca znałam z wcześniejszych wakacji, porównywałam więc swoje nowe wrażenia z tym co pamiętałam. Czasem pisałam podczas wycieczek. W czasie przerw na posiłek lub odpoczynek zapisywałam swoje myśli na wszystkim co wpadło mi w ręce. Po kolejnych rowerowych urlopach kajet był uzupełniany, znalazły się tam różne karteczki z notatkami. Na jednej były moje szkice z hospudki w Chacie Jizerce. Pamiętam ten wieczór, za oknem zrobiło się brzydko, góry chowały się i pojawiały za chmurami… Powstało wtedy sporo pomysłów na rękodzieło!
Czeski kajet poleżał na półce, upłynęło trochę czasu zanim przepisałam notatki. Potem były zmiany poprawki i popraweczki. Aż w końcu ułożyłam wszystko w zgrabną całość, czyli książkę.
















sobota, 7 grudnia 2019

Odra w Krośnie Odrzańskim




Cały czas nadrabiam zaległości i poznaję bliższe i dalsze okolice Zielonej Góry. Tym razem odwiedziłam Krosno Odrzańskie. Wizytę w tym mieście rozpoczęłam od krótkiego spaceru nad Odrę. Na lewobrzeżu, na wzniesieniu Wysoczyzny Lubuskiej, wybudowano przed laty piękne wille. Ponad nimi wznosiły się nowe bloki oraz potężne gmachy dawnych koszar. Oba brzegi rzeki łączył piękny metalowy most. Spacerowałam po prawym brzegu. Patrzyłam na domy, które po drugiej stronie Odry pozowały do zdjęć jak modelki. Wyobrażałam sobie obrazek namalowany akwarelami, może mi się uda zrobić taki. Jak to zwykle bywa nad rzekami, znalazłam piękne okazy drzew: pomnikowy dąb i wierzbę. Na prawym brzegu rzeki rozpoczęła się historia Krosna. Przypominają o tym pozostałości murów obronnych, zamek. I fakt, że niedaleko miejsca gdzie Bóbr wpływa do Odry odkryto grodzisko średniowieczne. Spacer był tylko przedsmakiem historycznej uczty, która czekała mnie na Zamku Piastowskim. Miałam jeszcze trochę czasu. Przyglądałam się rzece, drugiej co do wielkości w Polsce, ale dla mnie ważniejszej, bo dosyć często się spotykamy. W chłodny, ale słoneczny dzień Odra płynęła dostojnie. Stałam na brzegu i pomyślałam sobie bardzo filozoficznie: „Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo” (Heraklit).