piątek, 22 kwietnia 2016

Praga - miasto kwitnących bzów


Na początku długiego majowego weekendu w 2011 roku wyruszyłyśmy z Olą do Pragi. Dojazd do stolicy Czech nie sprawił nam większego problemu, chociaż gdyby nie GPS kręciłybyśmy się w kółko po otoczonej barierami dźwiękochłonnymi obwodnicy miasta, ciekawe jak długo? Rozgościłyśmy się w hotelu na obrzeżach. Szybko powstał plan zwiedzania i z przewodnikiem w ręce pojechałyśmy tramwajem podziwiać to niezwykłe miasto. Uwielbiam tramwaje, może dlatego, że w Zielonej Górze ich nie ma.
Pierwsze na liście były obowiązkowe dla wszystkich turystów Hradczany i Malá Strana. Ulice, uliczki, domy, pałace i rezydencje, same zabytki. Tego po prostu nie da się opisać. Godzinami można chodzić i podziwiać piękne budynki i zdobiące je detale. Właściwie tu mogłaby zakończyć się nasza wycieczka, bo kilka dni, a może i więcej potrzeba żeby przyjrzeć się dokładnie wszystkiemu. Zatrzymałyśmy się na chwilę w Ogrodach Wallensteina. Ciekawe miejsce z pięknymi klombami i intrygującą ścianą pełną nacieków takich, jakie są w grocie. Pomiędzy nimi było coś jeszcze, ze ściany patrzyły na nas ukryte oczy.
Nie poprzestałyśmy na tych pięknych miejscach. Byłyśmy bardzo pazerne na zwiedzanie i tłumaczyłyśmy sobie, że teraz to taki rekonesans. Jeszcze nie raz wrócimy do Pragi, aby poznawać ją dokładniej i delektować się różnymi zakątkami. Szybko zauważyłam, że wszędzie, prawie na każdym skwerze, kwitły piękne bzy. Od tego czasu stolica Czech kojarzy mi się z tymi pachnącymi krzewami. W tej bieganinie znalazłyśmy restaurację nad brzegiem Wełtawy, taką miłą „kocykową”, z widokiem na Most Karola, rzekę i płynące po niej barki z turystami. Doskonałe miejsce, aby zwolnić tempo i zaplanować resztę dnia.
30 kwietnia w Czechach, na festynach, uroczyście pali się czarownice. Ciekawe uliczki zawiodły nas na Kampę, która jest niewielką wyspą położoną niedaleko Mostu Karola. Przyglądałyśmy się tam dziwnemu czeskiemu obyczajowi. Musiałam uważać, żeby nie dołączyć do tej bidulki na stosie. Na szczęście schroniłam się w sympatycznej restauracji urządzonej w starym młynie nad Čertovką. Zrobił się wieczór pora było wracać. Miasto zapadało w sen i prezentowało się pięknie, ale też zupełnie inaczej.
Często tak mam, że skupiam się na detalach i może ta opowieść powinna nazywać się „Praga w detalach”. Z całego mnóstwa zabytków zostały mi w pamięci niektóre, a czasem tylko ich zdobienia i różne zakamarki. Powstała z tego cała kolekcja zdjęć. Wśród nich znalazło się też drzewo – najpiękniejsze z tych, które widziałam w Pradze. Tylko gdzie ono rosło? Prawdopodobnie w okolicach Nowego Miasta.
Jednym z budynków, który chciałyśmy z Olą koniecznie zobaczyć był słynny Tańczący dom, zaprojektowany przez amerykańskiego architekta Franka Gehry'ego. Nowy dom, a nie zabytek był więc celem kolejnego spaceru. Wyglądał imponująco.
Wycieczkę po Wełtawie zostawiłyśmy sobie na kolejny dzień, przedsmakiem tego miała być kawa wypita na zacumowanej barce. Zjadłyśmy też tradycyjny czeski obiad w jednej z wielu restauracji nazwanych na cześć słynnego Szwejka. Tam zgodnie z tym, co słyszy się o praskich lokalach, kelner próbował naciągnąć nas na ogromny napiwek. Nie z nami takie numery, napiwek dajemy, ale tyle ile chcemy, on nie dostał nic. Jednak uogólnianie, że tak jest wszędzie w Pradze byłoby bardzo niesprawiedliwe. Późnym popołudniem znalazłyśmy pub Tłusta Koala. Degustowałyśmy tam różne gatunki piwa z małych czeskich browarów. Nasza ciekawość piwnych smaków została szybko zauważona przez kelnera. Ku naszemu zaskoczeniu dostałyśmy gratis pyszne placuszki ziemniaczane. Później, na rachunku wykreślono grubą kreską z trzema wykrzyknikami napiwek, który jest zwykle doliczany.

Do hotelu wracałyśmy metrem, niesamowite przeżycie. Dla mnie trochę niewyobrażalne było to, że tak po prostu przejeżdża się pod rzeką.
Wybrałyśmy się też do niezwykłej dzielnicy Troi. Położona wysoko nad Wełtawą była pięknym miejscem widokowym, z którego mogłyśmy podziwiać to, co zwiedzałyśmy wcześniej. Stanowiła jakby inny świat, zagląda tam niewielu turystów. W Troi znajduje się zoo, do którego zaprasza pomnik z surykatkami patrzącymi z wysoka na miasto. Były tam też winnice i barokowy zameczek, przepiękna rezydencja doskonale wkomponowana w otoczenie.

Tego samego dnia zawędrowałyśmy do Žižkova. Widok z wieży telewizyjnej zapierał dech w piersiach. Wspinały się na nią słynne ogromne dzidziusie David Černego, niesamowite. Gdy miałyśmy wychodzić, pani portierka gdzieś poszła i zamknęła nas w tej wieży. Na szczęście po jakimś czasie wróciła, aby uwolnić uwięzione księżniczki i kilku innych turystów.  
Przyszedł w końcu czas na wycieczkę statkiem po Wełtawie. Było pięknie, okazałe budynki doskonale prezentowały się od strony rzeki. Pogoda nie rozpieszczała nas, co chwilę straszyło deszczem, ale żal, że rejs trwał tak krótko. Słynny Most Karola zostawiłyśmy sobie na koniec wizyty w Pradze. W kapryśnej aurze figury na moście wyglądały trochę tajemniczo. Na pewno wrócimy do stolicy Czech, ciekawa jestem co tym razem nas zauroczy. 









































piątek, 8 kwietnia 2016

Harrachov – pyszne miejsca "na słodko"



Od wielu lat jestem ogromną miłośniczką czeskiej kuchni. Absolutnym królem dań jest hovězí guláš s houskovým knedlíkem, czyli gulasz z knedlikiem. Smakowałam go chyba we wszystkich tradycyjnych czeskich restauracjach Harrachova. Zawsze zniewalał. Kiedyś w oparciu o czeski przepis próbowałam zrobić w domu taki sam, wyszedł inny, polski. Myślę wiec, że potrawa ta zawiera w sobie jakąś tajemnicę, a może górski klimat jest doskonałą przyprawą, nie do podrobienia.
Wspominałam już kiedyś, że dla mnie Harrachov to miasto położone pomiędzy Wodospadem Mumlawy a hutą szkła. Wędrując pomiędzy tymi atrakcjami wielokrotnie odwiedzałam restauracje, kawiarnie i bary znajdujące się po drodze. Z czasem wiele z nich stało się tradycyjnym elementem wycieczek z Olą lub moich indywidualnych, a spacer był zwiedzaniem różnych kulinarnych smaków. Runda zaczynała się zwykle przy Wodospadzie Mumlawy. Tak też było tym razem, gdy w ostatnich dniach zimy przyjechałyśmy z Olą do Harrachova. Sam wodospad okazał się bardzo niegościnny. Wszędzie było ślisko, nie udało nam się podejść bliżej by podziwiać wodę spływającą z wielką prędkością z ogromnych płyt skalnych. Przechodziłyśmy obok „Mumlavskiej Boudy” tam zimą można posilić się zupą. W Czechach popularna jest česnečka, bardzo dobra zupa czosnkowa. Może kiedyś uda mi się ugotować podobną. Latem można ugasić pragnienie kofolą i delektować się widokiem pięknej Mumlawy. Najczęściej jednak zerkałam tam łakomie na domaći kolač – proste ciasto owocowe, bardzo smaczne.
Obok stał „Srub u Lišáka” mały bar, nigdy nie zaglądałam do niego, wiec tej zimy zrobiłyśmy z Olą wyjątek. Jego wnętrze oczarowało nas, a szczególnie palący się tam kominek. Na półeczce siedziała znajoma postać wyglądała … tak jakbym zerknęła w lustro. Zimowa pora skusiła nas grzanym winem, smakowało wybornie.
Wracałyśmy powoli do cywilizacji, czyli do miasta. Po drodze minęłyśmy kilka nieodkrytych jeszcze restauracji. Postanowiłyśmy trzymać się standardów, przecież musi coś zostać na kolejny przyjazd. Tak więc następny postój był w naszej ulubionej cukierni. Mieści się ona w pięknym domu, typowym dla tego regionu. Było tam jak zwykle, bardzo smakowicie i malinowo. Maliny kojarzą mi się z innym miejscem kawiarnią La Gondola, którą odwiedziłam w zeszłym roku.  Pamiętam, że miałam wtedy ogromną niechęć do cukru. Zamówiłam pyszną kawę i poprosiłam gorące maliny, ale bez lodów i bitej śmietany. Kelner chwilę zastanowił się i zapytał: „samotne maliny”? Tak więc „samotne maliny” stały się jednym ze smaków Harrachova. Nie widziałam teraz tej kawiarni. Może już jej nie było, a może po prostu ją przegapiłam. Miała niezwykły wystrój. Przekroczyłam próg i znalazłam się w Wenecji. 

Mumlavská bouda




"Srub u Lišáka"





Nasza ulubiona cukiernia



Kawiarnia "La Gondola"